środa, 2 października 2013

MIEJSCE 3 - Ola J.

      Z łóżka zgoniło mnie „Fix you”, które niezmiennie zwiastowało nadchodzące połączenie. To było dziwne, bo raczej rzadko zdarzało się, by ktoś telefonował do mnie o wpół do siódmej rano. Do tego z numeru zastrzeżonego. Harry spał jak zabity na kanapie pod oknem i chyba nawet dźwięk tłuczonego szkła tuż przy jego uchu by go nie obudził, więc nie krępowałam się odebrać przy nim. Tyle tylko, że ten telefon naprawdę nie był zwyczajny. Ani odrobinę zwyczajny.
      Połączenie zostało nawiązane, ale po drugiej stronie nikt się nie odezwał.
- Halo? - spytałam nieco zachrypniętych po śnie głosem. - Halo? - powtórzyłam się. - Jest tam ktoś? - Był. Oddech, który towarzyszył mi przy każdym wspomnieniu tamtych czarnych dni. Pamiętałam go. Ba! Nie byłam w stanie go zapomnieć. Przemieszczając się z sypialni do łazienki obok, przelotnie rzuciłam okiem na Harrego. Dalej spał, jak gdyby nigdy nic. Całe szczęście. - Louis? - dopytałam zamykając za sobą magiczną barierę łazienkowych drzwi, choć wcale nie musiałam tego robić. Miałam stuprocentową pewność, że się nie mylę. - Louis wiem, że to ty. Słyszę. Znam twój oddech... odezwij się. Lou... - Nic. Zero odzewu. Zero reakcji. A także zero Louisa, którego odebrał mi dźwięk przerwanego połączenia.
      Moje płuca nagle zaczęły potrzebować kolosalnych dawek powietrza. Oddychałam ciężko, zaciskając oczy. Łzy były w tamtym momencie równomierne z porażką. Nie chciałam przegrać. Nie chciałam też wygrać, zapominając o tym, co wydarzyło się zaledwie kilkanaście sekund wcześniej. Coś łaskotało mnie w brzuchu, tym samym powodując mdłości. Denerwowałam się. Wciąż słyszałam Louisa, którego oddech widocznie postanowił odcisnąć jeszcze większe piętno w mojej pamięci. Co chwilę spoglądałam na telefon, mając głęboką nadzieję, że znowu zadzwoni. Zakryłam twarz dłońmi, próbując się uspokoić. Tak dawno go nie słyszałam, a mimo to doskonale wiedziałam, że nie mógł to być nikt inny niż Louis. Ten sam Louis, który jeszcze jakiś czas temu był w stanie zrobić wszystko dla mnie, dla naszej miłości i naszych marzeń.
Ale teraz nie było już żadnych nas. Nic nie pozostało po dawnym uczuciu, prócz wspomnień i resztek rozsądku, dających głośno o sobie znać. Co miałam na myśli? Bezsenne noce, pełne łez i tysiące odtwarzanych sytuacji, które może mogłam rozegrać inaczej. Coś we mnie wciąż pragnęło jego obecności, niszcząc mnie na każdym kroku.
      Chwyciłam telefon, czekając, aż łzy niebezpiecznie balansujące na granicach powiek znikną. Niedoczekanie twoje. Słone krople spłynęły po moich policzkach, tym bardziej pokazując beznadziejność całej tej sytuacji. A jednak przegrałam. Przestałam liczyć porażki, nieustannie tworzące własne ścieżki na mojej skórze, spływające po szyi, wsiąkające w koszulkę... Drżącymi palcami wyszukałam w komórce numer Lou. Błagałam wszystko, w co kiedykolwiek wierzyli ludzie, by odebrał. Ba, by zobaczył chociaż, że chcę porozmawiać. Chciałam, żeby wiedział. Sygnały ciągnęły się w nieskończoność. Każdy kolejny wręcz wbijał się w moją klatkę, wydobywając z niej resztki powietrza. Mdłości narastały, a ja trzęsłam się, jakby łazienka zamieniła się w Syberię, a ja z uporem szaleńca przemierzałabym ją w samej bieliźnie.
      Gdy już miałam się rozłączyć i dać klęsce pełne pole do popisu, sygnał urwał się. Louis Tomlinson odebrał ode mnie telefon. Ponownie usłyszałam jego urywany oddech. Zacisnęłam palce lewej ręki na udzie, zagryzając tym samym wargi. Bałam się, będąc odważną. Zadzwoniłam, prawda? W pewnym sensie byłam największym zwycięzcą na całym świecie.
- Kaja? - wyszeptał.
- Louis, ja... - zaczęłam, próbując ułożyć w głowie kotłujące się myśli.
- Kocham cię.
      Zrobiło mi się słabo, a paznokcie niebezpiecznie wbiły się w skórę nogi. Przed oczami nagle zamajaczyła ciemność, wyrywając ze mnie ostatki sił. Jedynym wyjaśnieniem tych słów było jego poczucie humoru. Na pewno żartował sobie ze mnie i moich nieugaszonych do końca uczuć.
- Co? - palnęłam, trzęsąc się z nerwów.
- Kocham cię jak nigdy nikogo. Przepraszam.
      To była czysta prawda, pozbawiona wszelkiego sarkazmu, czy komizmu. Słyszałam to w jego głosie i czułam w sercu, które biło stanowczo zbyt szybko. Łzy spływały po moich policzkach, przypominając o niedawnej porażce. Powoli docierały do mnie słowa Louisa. Moja klęska nie była do końca przegranym zastawem o życie. Była światełkiem w tunelu, dającym nadzieję. Nie ważne, czy dużą, czy małą. Ważne, że ta nadzieja była, a ja jak tonący człowiek, chwytałam się jej, niczym brzytwy. Coś kazało mi wierzyć we wszystko, co wydarzyło się przed chwilą. Co więcej, rozkazywało z tego skorzystać.
      Nie liczyły się plany na dzisiejszy dzień, które skrupulatnie wczoraj układałam. Jedynym, co w tym momencie miało jakąkolwiek wartość, były dwa proste słowa, wypływające ze słów Tommo. Nagłe poczucie bezpieczeństwa i wszechobecnej nagrody za życiowe cierpienia skłoniło mnie do napisania mu krótkiej wiadomości.
Campus Martius, 20:00. Be there, if it all was really. [Pola Marsowe, 20:00. Bądź tam, jeżeli to wszystko było prawdziwe.]
Pozostało wysłać mi wyznanie, które samo w sobie nim nie było. Ale ja wiedziałam, że mnie zrozumie i że dobrze wie, o co chodzi w tych kilku słowach.
Wiadomość została wysłana.

      Zimne krople wody spływały po mojej twarzy, gdy z uporem maniaka patrzyłam w lustro. Chciałam zobaczyć, czy się zmieniłam. Czy coś we mnie stało się inne na tyle, że Lou postanowił powiedzieć mi „kocham cię”. Wciąż słyszałam te słowa, które wprost miotały się we mnie, nie dając najmniejszej możliwości uspokojenia. Wytarłam twarz, po czym wyszłam z pokoju. Harry wciąż spał spokojnie, a ja rozkoszowałam się tym widokiem, jak narkoman, który dostał nową dawkę. Brązowe loki spadały w nieładzie na jego twarz, zakrywając trochę oczy. Żałowałam, że nie mogłam ujrzeć ich przejmującej zieleni, paraliżującej mnie za każdym razem. Chłopak oddychał miarowo przez malinowe usta, rozchylone delikatnie. Przypomniały mi się spędzone wspólnie chwile, aczkolwiek jedna z nich była szczególna. A raczej to uczucie, które towarzyszyło mi za każdym razem, gdy jego miękkie wargi pieściły moje mogłabym nazwać nieziemskim. Mimo to, patrząc na niego teraz, nie czułam tych silnych motyli, które dawniej trzepotały głośno we mnie, unosząc ponad najwyższy stan euforii. Teraz uśmiechałam się, próbując odgonić wspomnienia. Usiadłam przy kanapie, wciąż lustrując twarz Stylesa. Był mi bliski jak brat i odległy jak nikt inny. Bariera przeszłości nieustannie dzieliła nas, dając tylko przyjaźń. Wyciągnęłam przed siebie dłoń, delikatnie dotykając palcami jedwabistych loków. To głupie uczucie, gdy twój przyjaciel ma ładniejsze włosy od ciebie. Nieświadomie zaczęłam gładzić jego głowę, zjeżdżając niżej, na policzek. Szybko jednak oderwałam dłoń, gdy rozanielony uśmiech pojawił się na jego twarzy.
- Przyglądasz mi się – wymruczał, zaspany.
- Coś mówiłeś, Harry? - zakryłam usta dłonią, próbując stworzyć wrażenie, iż jestem daleko od niego.
      Chłopak zaśmiał się cicho, otwierając oczy. Zieleń jego źrenic spowodowała dreszcze przebiegające wzdłuż kręgosłupa.
- Cwana bestia z ciebie, prawie się nabrałem – puścił mi oczko, przeczesując dłonią zmierzwione włosy.
- Mam wiele talentów – uśmiechnęłam się do niego serdecznie.
      Wciąż leżał w tej samej pozycji, dokładnie badając wzrokiem moją twarz.
- Na przykład?
      Przewrócił się na plecy, przeciągając. Mimowolnie uśmiechnęłam się, widząc go w tej sytuacji. Podeszłam do swojego łóżka, po czym zaczęłam układać pościel.
- No wiesz, pisanie, aktorstwo, śpiewanie, żonglerka, gra na puzonie, perkusji, taniec... - wyliczałam, wymyślając cokolwiek.
      Donośny śmiech Harry'ego wypełnił pokój, zmiękczając moje serce. Stałam do niego tyłem, a mimo to wiedziałam, że uważnie śledzi każdy mój ruch. W moich oczach zebrały się łzy. Zabawne – przed chwilą byłam w stanie występować jako klaun przed tłumem dzieci, a chwilę później miałam ochotę rozpłakać się i wyżalić pierwszemu człowiekowi, jakiego spotkałabym na ulicy. A to wszystko tylko przez dwa słowa, nieustannie brzmiące w mojej głowie.
Kocham cię.
      Po raz ostatni wygładziłam dłonią narzutę, zbierając się w sobie na odwagę. Miałam powiedzieć Harremu o telefonie Louisa? A może lepiej nie denerwować go i milczeć?
- Jakie mamy plany na dzisiaj? - spytał, kierując się w stronę łazienki – miejsca wiecznych smutków i łez. Przynajmniej takie mi się wydawało.
Kaja, uspokój się. To tylko łazienka.
- Źle się czuję, chyba zostanę dzisiaj w pokoju i... - zaczęłam, nerwowo bawiąc się palcami.
- Nie ma mowy! - zza drzwi usłyszałam głośny protest przyjaciela. - Zabieram cię dzisiaj na najpyszniejszą kolację na świecie, ale wcześniej idziesz z Martą na zakupy. Do Le Cing nie chodzi się w jeansach i sweterku!
      Zatkało mnie. Ponownie coś wyrwało powietrze z moich płuc, pozostawiając tylko głuchą, duszącą pustkę.
- Oszalałeś?! - w momencie znalazłam się pod drewnianymi drzwiami. - Harry, to chyba najdroższa restauracja w całym Paryżu!
- Tym samym najlepsza. Nie narzekaj, tylko zbieraj się i idź po Martę. Wszystko już jej wytłumaczyłem – tuż po tych słowach włączył prysznic, kończąc naszą rozmowę.
      Poczułam, że przestaję panować nad równowagą. Nogi zachwiały się pode mną niebezpiecznie. Zsunęłam się po ścianie, chowając twarz w dłoniach. Nie miałam zamiaru po raz kolejny zaliczyć sromotnej porażki ze łzami, przysięgam! Starałam się ze wszystkich sił, ale to wzruszenie i bezradność wygrały ze wszystkim. Ponownie moją twarz znaczyły słone ścieżki, wciskając mnie w coraz głębsze odmęty czarnej strony umysłu. W mojej wyobraźni zamajaczył obraz Lou, który tak dzielnie walczył o naszą wolność. Wtedy, w piekle. Na samą myśl o tamtym miejscu coś we mnie płonęło...
- Harry! Harry, musisz mi otworzyć! Błagam, Harry! - wrzasnęłam, porwana nagłym przypływem złości. Uderzałam w drzwi ze wszystkich sił, krzycząc, płacząc, kopiąc i miotając się jak opętana.
Prysznic ucichł, słyszałam tylko pojedyncze krople uderzające o brodzik. Po chwili chłopak wypadł z łazienki, jak oparzony, przepasany w biodrach białym ręcznikiem z wyszytą nazwą hotelu. Z jego mokrych włosów spływały strużki wody, które nie zważając na nic, wdzierały się dalej, na jego tors, ramiona, plecy.   
       Na malinowych, zwilżonych wargach pojawił się grymas. Zapominając o tym, jak wygląda i w jakim stanie się właśnie znajduje, objął mnie silnie, mocząc moje ubrania. Płakałam w jego objęciach, wyrzucając z siebie za pomocą łez całe zło tego świata. I może zachowywałam się, jak rozemocjonowana nastolatka, ale potrzebowałam chwili, w której liczyłam się tylko ja i to, co chciałam powiedzieć, nie otwierając ust.
- Co się stało? - szepnął Harry, składając pocałunek w moich włosach. - Jeżeli nie chcesz, nie musimy iść do Le Cing. Możemy pójść do McDonalda, wiesz? Ubrudzimy się ketchupem i powygłupiamy. O, a jeżeli chcesz, to potem pójdziemy do wesołego miasteczka i...
- Harry... - przerwałam mu, chowając twarz w w jego szyi.
- Przepraszam, naprawdę. Co się stało? - zapytał, kołysząc mnie delikatnie.
- Harry, ja... ja dzisiaj rozmawiałam z Louisem przez telefon, a on...
      Lecz nic więcej nie mogłam powiedzieć, ponieważ moim ciałem ponownie wstrząsnął dreszcz i po chwili znowu płakałam cicho, zagryzając wargi do krwi.
      Ciało chłopaka spięło się. Czułam jego mięśnie, które były naprężone i gotowe na wszystko. Oparł czoło o moją głowę, oddychając ciężko.
- Zadzwonił do ciebie? On? On do ciebie zadzwonił? - spytał przez zęby, ostrożnie wymawiając każde słowo, jakby bał się, że zaraz wysunę się z jego objęć.
- O dwudziestej mamy spotkać się na Polach Marsowych – wydusiłam.
      Przez chwilę zapanowała w pokoju cisza, przerywana tylko moim łkaniem i głośnym oddechem Loczka. Zaciskał pięści na mojej koszulce, po czym prostował palce. I tak w kółko. Spinał mięśnie, rozluźniał je, chwytał ogromne hausty powietrza, a potem wypuszczał je powoli, najwidoczniej próbując się uspokoić.
- Dobrze, rezerwację oddam Marcie i Zayn'owi. Na pewno się ucieszą. A ja... ja pojadę z tobą do niego i powiem mu to, co już dawno powinien powiedzieć.


Niedziela; 11.05.2013
Paryż, Pola Marsowe
godz. 19:47
      Jak powiedział, tak zrobił. Zayn zabrał Martę do Le Cing, zapewniając ją, że to walczył o te miejsca od dłuższego czasu. Chwilę po tym jak para wyszła z hotelu, wpatrzona w siebie, jak młode małżeństwo, ubrał się w dresy, założył okulary i kazał mi się pospieszyć. Nie potrzebowałam wielu godzin na przygotowania. Zresztą byłam zbyt podniecona, a zarazem przestraszona tym, co może się stać, by zastanawiać się jakim błyszczykiem pomalować usta. Rozpuściłam włosy, zmieniłam spodnie i w zupełności oddałam się Harremu.        Byłam bezwładna, zbyt otumaniona strachem i niemożliwością tego wszystkiego, by sama dojść do taksówki. Czułam się jak laleczka w rękach przyjaciela. Kierował mną, manewrował, trzymał za rękę, nie pozwalając upaść. Nie był spokojny, a jego zdenerwowanie jeszcze bardziej udzielało się mnie. Oddychałam płytko, co chwilę przymykając oczy i otwierając je szeroko, jakbym próbowała przekonać się, iż to wszystko to tylko bujda, kolejne wyobrażenie chorego umysłu. Ciągle zaskakiwało mnie nieprawdopodobieństwo tych zdarzeń. Nie byłam w stanie myśleć, rozważać każdej rzeczy po kilka razy. Szłam jak szaleniec przed siebie, łudząc się, że „wszystko będzie dobrze”, jakkolwiek tego wyrażenia nienawidziłam. Zbyt wiele razy słyszałam je po wyjściu z piekła, by teraz miało ono dla mnie jakieś głębsze i prawdziwsze znaczenie. Wciąż było głupim, pustym tekstem rzucanym przez kogoś, kto nie wie, co powiedzieć.
      Zrobiło się ciemno, a tym bardziej chłodno. Beżowy sweter wcale nie dawał tyle ciepła, o ile go podejrzewałam.
- Z chęcią dałbym ci bluzę, ale chyba zostawiłem ją w taksówce – mruknął Harry, spoglądając na mnie z politowaniem.
      Pola Marsowe wyglądały pięknie, gdy wieczór powoli porywał je w swoje ramiona. Gwiazdy błyszczały na niebie, chłodny wiatr uderzał w nasze ciała, a wieża Eiffla mieniła się tysiącami światełek po drugiej stronie Avenue Anatole France. Patrzyłam na nią, jak zaczarowana, próbując zatrzymać w umyśle ten widok. Chciałabym zachować go tak wyraźnie i na tak długo, gdy będąc już starszą osobą, zamykać oczy i wciąż widzieć tę monstrualną budowlę, rzucającą magię na wszystkich wokoło. Mimo całego piękna, które miała w sobie wieża, nie mogłam przyglądać jej się bez ustanku. Rozglądałam się naokoło, wyszukując wzrokiem Louisa. Miałam ogromną nadzieję, że przyjdzie, choćby po to, by uśmiechnąć się do mnie i powiedzieć, że żartował. Pominę fakt, że nie żartował. Po prostu to wiedziałam.
- Harry, która godzina? - szepnęłam do przyjaciela, który zerknął na zegarek.
- Za dwie dwudziesta – odparł cicho, wbijając we mnie smutne spojrzenie.
- Przyjdzie, przecież przyjdzie.
- Nie mi to wmawiaj – westchnął Loczek.
      Miał rację, do końca łudziłam się, że z mroku wyłoni się postać Louisa z bukietem róż. Gdzieś w głębi mnie wciąż w to wierzyłam i z uporem szaleńca odtwarzałam to wyobrażenie w myślach.
- Kaju, co zrobisz, jeżeli się nie zjawi? - usłyszałam za sobą cichy głos Styles'a.
- Nigdy więcej nie nabiorę się na jego sztuczki – palnęłam.
- Łagodna kara, ale i tak nie będziesz musiała jej wykorzystywać. Odwróć się.
      Ręce, którymi dotychczas pocierałam ramiona, natychmiastowo opuściłam wzdłuż ciała. Zabrakło mi powietrza, mimo że miałam go pod dostatkiem. Dobrze zrozumiałam? Louis przyszedł? Powoli odwracałam się, drżąc z zimna i czegoś jeszcze, czego nie umiałam nazwać.
      Harry miał rację. Lou tu był. Szedł w naszą stronę, nerwowo zaciskając coś w dłoni. Gdy dzieliło nas kilka metrów, zaczęłam lustrować jego twarz. Błyszczące oczy nie odrywały się ode mnie, a usta mimowolnie układały się w uśmiech. Gdyby mój wzrok mógł gwałcić, Tommo na pewno padłby jego ofiarą.       Napawałam się całym nim, od stóp do głów, ponieważ w stu procentach wyglądał idealnie. Nie widać było po nim niedawnego cierpienia, tortur i męczarni. Uśmiechał się jak kiedyś, przypominając mi dawnego siebie. Tego pogodnego, żartobliwego Lou, w którym zakochałam się po uszy.
- Przyszedłeś – wyszeptałam z niedowierzaniem, stojąc zaledwie krok od niego.
- Jak mógłbym nie przyjść? - zapytał, zbliżając się jeszcze bardziej.
- Louis... - Harry zwrócił na siebie uwagę.
      Przypomniały mi się słowa Loczka, które wypowiedział kilka godzin przed spotkaniem - „powiem mu to, co już dawno powinien powiedzieć”. Przestraszyłam się. Naprawdę ogarnął mnie strach tak silny, że sparaliżował całą mnie. Chciałam zapobiec potokowi nieodwracalnych słów, powstrzymać nieodgadnioną ciemność w zielonych oczach, lecz nie mogłam. Stałam spięta, wyszukując w twarzy chłopaka czegokolwiek, co mogłoby mnie uspokoić.
- Chciałem powiedzieć ci, że... - zaczął, a ja zacisnęłam oczy, jakby coś za chwilę miało wybuchnąć. - masz na nią uważać i nigdy, przenigdy jej nie skrzywdzić. Kaja cię kocha. Nigdy nie przestała. Proszę, daj jej to, czego ja nie dałem.
      Jego słowa nie dotarły do mnie. Wpatrywałam się w niego, jak zaczarowana, próbując przypomnieć sobie znaczenie poszczególnych wyrazów. Jak to? Nie będzie krzyków i zdań pełnych wyrzutów? Żadnych oskarżeń? Splotłam swoje zgrabiałe palce ze smukłymi palcami mojego towarzysza. Chciałam mu podziękować w jakikolwiek sposób. Chciałam, by wiedział, że był, jest i będzie moim aniołem.
- Kochać i pozwolić odejść tylko dla tej dobra drugiej osoby, to najpiękniejsze, co możesz jej od siebie ofiarować. Powodzenia, Kaju – szepnął Harry, składając pocałunek na moim czole.
      Przeszył mnie dreszcz, głęboki smutek, a zarazem radość. Wszystko plątało się ze sobą, tworząc przedziwne uczucie, które rozsadzało mnie od środka. Zieleń oczu chłopaka po raz kolejny wyrwała z moich płuc resztki powietrza, tym samym rozgrzewając moje serce.
      Po tych słowach uśmiechnął się, ukazując urocze dołeczki i odszedł. Po prostu, odwrócił się i odszedł w stronę wieży Eiffla, ani razu się nie odwracając. Wbiłam wzrok w Louisa. W moich oczach zebrały się łzy, przez co nie widziałam go wyraźnie. Mimo to, nawet zza tafli wzruszenia wydawał się być idealny.
- Kaju, przepraszam za wszystko. Przepraszam, że nie mogłem patrzeć w twoje oczy, gdy się śmiałaś i że nie mogłem ocierać twoich łez, gdy płakałaś. Przepraszam, że nie przytulałem cię, gdy mnie potrzebowałaś i nie odchodziłem, gdy chciałaś byś sama. Przepraszam, że nie całowałem cię namiętnie, gdy tego pragnęłaś i nie przestawałem, gdy wciąż chciałaś zachować pewien dystans. Przepraszam, że nie okazywałem ci miłości, gdy tęskniłaś i nagle zjawiałem się, gdy powoli uczyłaś się żyć beze mnie. Przepraszam, że zrujnowałem ci świat, gdy myślałaś, że już wszystko będzie dobrze i że teraz próbuję naprawić go na nowo, nie wiedząc, czy tego chcesz. Mimo to, chcę powiedzieć, że...
- Kocham cię – dokończyłam za niego, wywołując na jego twarzy zdziwienie.
      Nie widziałam sensu w dalszych słownych zapewnieniach. Chciałam czynem dać mu pewność, że to, co powiedziałam jest prawdziwe. Spojrzałam w jego błyszczące oczy, czując przejmujące mnie uczucie spełnienia. Tak miało być, właśnie tego brakowało w moim życiu. Louisa.
      Delikatnie musnęłam jego usta swoimi zmarzniętymi wargami, a gdy nasze języki rozpoczęły namiętny taniec, zrozumiałam że w życiu nie ma nic lepszego, niż miłość.
      Bo czym jest życie, jeżeli nie miłością?




KONIEC

3 komentarze:

  1. To jest coś niesamowitego!
    Nie dość, że okropnie romantyczne to przepełnione tak różnymi emocjami, że aż szok.
    Przepiękne :D
    this-is-not-i.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow... to jest na prawdę cudowne! :) Nie sądziłam, że ktoś inny, potrafi opisać to tak podobnie, a za razem inaczej i po swojemu. Te wszytskie emocje, które były opisane... po prostu cudo! Na prawdę, pod koniec zebrały mi sie łzy w oczach i bardzo, ale to bardzo podobało mi się to zakończenie. Bardzo ładnie napisane, dziękuję, że mogłam to przeczytać. Pozdrawiam! Xx.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz :)